Cusco i Balkon Diabła (Peru 2026)
Po spotkaniu z Oceanem i Pustynią docieram do Cusco.
Na wysokość ponad 3500 metrów.
Po raz pierwszy w Peru spotkałam tutaj soczystą zieleń.
Po bezkresie oceanu i ciszy pustyni pojawiło się życie.
Drzewa.
Rośliny.
Zapach ziemi.
A pośród tego wszystkiego Balcón del Diablo.
Miejsce ukryte między skałami, gdzie światło i cień nieustannie się spotykają.
Od wieków takie miejsca symbolizowały przejście między światami, zejście w głąb siebie i kontakt z tym, co ukryte.
W wielu kulturach jaskinia nie oznacza zagrożenia.
Oznacza wnętrze.
To miejsce, gdzie człowiek schodzi pod powierzchnię.
Nie po to, żeby się zgubić.
Po to, żeby coś odnaleźć.
Patrząc na to miejsce, pomyślałam o cieniu. Moim cieniu.
Lecz to nie zło.
To to wszystko, co przez lata zostało odrzucone, ukryte, niezauważone lub niedopuszczone do głosu.
Najbardziej opuszczone części siebie.
Czasem są to rany.
Ale czasem również siła.
Spontaniczność.
Dzikość.
Wolność.
Pragnienia.
Doga do pełni prowadzi również przez te części mnie, które przez lata próbowałam ominąć. Zepchnąć. Zapomnieć.
Schodzę więc do tego, co było ukryte.
Nie po to, by z tym walczyć.
Po to, by to zobaczyć.
I widzę siebie z nowej perspektywy.
I zabieram ze sobą możliwie tylko to, co jest prawdziwe.
Dotykając Balkonu Diabła, poczułam coś zaskakującego.
Jakby moje Serce zaczęło wybijać własny rytm.
Inny niż chwilę wcześniej.
Jakby przypominało mi o sobie.
Jakby mówiło:
„Jestem tutaj.”
A może najbardziej niezwykłe były psy.
Pojawiały się niespodziewanie.
Przychodziły i odchodziły.
Przez chwilę towarzyszyły mi w drodze niczym przewodnicy.
W wielu kulturach psy są strażnikami przejść i towarzyszami podróży między światami.
Patrząc na nie, miałam poczucie, że przypominają mi coś bardzo prostego.
Nie wszystko trzeba kontrolować.
Nie wszystko trzeba rozumieć.
Czasem wystarczy iść.
Krok po kroku.
I ufać drodze.
I znów coraz mniej chodzi o walkę ze sobą.
A coraz bardziej o spotkanie.
Z tym, co było ukryte.
Z tym, co żywe.
Z sobą.
